Kluby walczyły niemal do końca zarówno o podium, jak i o utrzymanie i łatwo było raz grać o puchary, by po dwóch porażkach bronić się przed spadkiem. Rok temu, podsumowując poprzedni sezon, wskazałem trzy grupy będące najbardziej odpowiedzialne za „ciemną stronę” Ekstraklasy, za tę część, którą można porównać do bagna – sędziów, działaczy i piszących o sporcie.
I przez rok nic się nie zmieniło, a nawet jest coraz gorzej – proces bagienny postępuje...
Sędziowie.
Chyba nie było kolejki ligowej, w której arbitrzy nie zrobiliby jakiegoś numeru. Żółto-Czerwoni często w tym sezonie doświadczali niesprawiedliwości ze strony arbitrów. Od gwizdania w jedną stronę, przez puszczanie fauli popełnianych na naszych piłkarzach (szczególnie na Afimico Pululu), „wykartkowywanie”, po kardynalne błędy będące już na pograniczu „drukowania”.
Wszyscy chyba dobrze pamiętamy jesienny mecz w Zabrzu i popis Bartosza Frankowskiego bardzo mocno krzywdzący Jagiellonię. Sędzia, który pewnego wieczoru w Lublinie dostał objawienia, by wziąć w swoje ręce znak... wziął drogowy – za co odpokutował – wrócił do sędziowania i nadal jest jednym... z najgorszych sędziów polskiej piłki. Czy tych trzech punktów straconych w Zabrzu zabrakło Jagiellonii do tytułu mistrza lub wicemistrza Polski? Trudno to ocenić, bo dużo punktów pogubiliśmy na własne życzenie w innych meczach (w niektórych przypadkach nie bez udziału innych arbitrów). Po meczu Bartosz Frankowski złożył oświadczenie, że bierze konsekwencje za brak czerwonej kartki dla zawodnika Górnika po faulu na Rallisie na siebie. Puste, nic nieznaczące słowa...
Nowy przewodniczący Kolegium Sędziów Marcin Szulc bardziej martwił się o samopoczucie sprawcy tych „wielbłądów” po słusznej i bardzo mocnej krytyce jego pracy, zamiast pracować nad ujednoliceniem interpretacji, bo w tej samej kolejce taka sama sytuacja jest inaczej interpretowana i gwizdana. Niemal wszyscy arbitrzy byli bardzo wyrozumiali dla chamskich i brutalnych fauli Lukasa Podolskiego.
Takie nazwiska jak Kwiatkowski, Przybył, Lasyk czy celebryta Szymon kojarzą się ze wszystkim, tylko nie z dobrym, uczciwym sędziowaniem. System VAR miał pomagać sędziom, a tymczasem często brakowało łączności między sędzią a wozem. Jakość i doświadczenie sędziów VAR także budziły duże zastrzeżenia. Obsługiwali go goście, którzy prowadzili wcześniej mecze na poziomie II ligi. Często nawet nie informowali sędziego, że miało miejsce zdarzenie. Nie byliśmy jedynymi skarconymi przez arbitrów – byliśmy jednymi z wielu...
Sędziowie piłkarscy otrzymali status funkcjonariuszy publicznych po to, by ich chronić przed rękoczynami, które często zdarzają się w meczach niższych lig. Pytanie: kto ochroni polską piłkę przed ich błędami, wielbłądami? Polskie prawo przed II wojną światową przewidywało karę śmierci dla funkcjonariusza publicznego za przewał, łapówkę czy oszustwo. Czapy w dzisiejszym kodeksie karnym co prawda już nie ma, ale PZPN jasno powinien określić kary za błędy i wielbłądy panów funkcjonariuszy publicznych – tych na boisku i tych na VAR-ze. Błędy mające poważne konsekwencje dla klubów, także finansowe. Kary powinny być surowe i dotkliwe. Jak są przywileje, to powinny być i wymagania...
Działacze.
Na szczególną uwagę zasługują ci z piłkarskiej centrali. Sezon bez jakiegoś numeru PZPN jest sezonem zmarnowanym. Już pomijam mołojeckie wyczyny w drodze na i na meczach reprezentacji czy kolejną muzyczną interpretację bardzo popularnej w tym gronie pieśni biesiadnej „Barka”. Panowie z Centrali ukochali szczególnie Superpuchar Polski.
Po karkołomnych korowodach z meczem Superpucharowym Jagiellonii z Wisłą wydawało się, że wszystko zostało już powiedziane i ustalone. Zasady miały być jasne i na stałe.
Nie w przypadku naszych dzielnych partyzantów z piłkarskiej centrali. Ni stąd, ni zowąd ogłosili, że mecz o Superpuchar Polski odbędzie się nie na stadionie mistrza Polski w Poznaniu, a we Wrocławiu na „Tarczyński Arenie”, nazywanej złośliwie „Velvet Areną”. Niezrozumienie tej decyzji wywołało spore zamieszanie. Bunt klubów i przede wszystkim kibiców Lecha i Górnika Zabrze, grożących bojkotem meczu, otrzeźwił działaczy i powrócono do wypracowanych zasad.
W klubach też niekiedy było „i straszno, i śmieszno”. Popisy w mediach społecznościowych prezesa i właściciela Pogoni, który był klasą samą dla siebie, spory właścicielskie w Cracovii też przyciągały uwagę kibiców i mediów. Jest też pozytywna tendencja – coraz mniej klubów zostaje na garnuszku samorządów. W ubiegłym roku Korona przestała być miejska, nie jest już Górnik, bo podpisał umowę o sprzedaży dla firmy Lukasa Podolskiego, transakcja Wisły Płock też jest na finiszu...
Co prawda do ligi wraca Śląsk – utrzymanek wrocławskiego ZOO i Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji. Dużo pisano o Widzewie i jego hojnym nowym właścicielu, gdzie niemal nie wywalczył... spadku do I ligi.
Po cichu Radomiak dostał dwa zakazy transferowe od FIFA za nieregulowanie zobowiązań wobec piłkarzy. Od PZPN licencję na grę w Ekstraklasie radomski klub dostaje bez problemu. To za co ten zakaz?
Ja skupię się na dwóch klubach: Lechii Gdańsk i naszej sąsiadce zza Buga.
Klub z Wybrzeża specjalizuje się w niepłaceniu piłkarzom i pracownikom. Jest w tej dziedzinie recydywistą. Zdaniem wielu w ogóle nie powinien zostać dopuszczony do udziału w rozgrywkach piłkarskiej Ekstraklasy. Ale został dopuszczony z karą odjęcia 5 punktów i zakazem transferowym – cofniętym później. Klub na boisku radził sobie całkiem, całkiem. Pod wodzą sympatycznego Johna Carvera tracił dużo bramek, zdobywał ich dużo więcej. Lechia raz była wyżej, raz niżej.
Nagle informacja – Lechia będzie walczyć o anulowanie, ich zdaniem bezprawnej, kary. Areną sporu miały być sądy krajowe, jak i sportowe sądy międzynarodowe. Drużyna ewidentnie się zacięła i przegrywając wszystko w ostatnich kolejkach, spadła do I ligi.
I tu zaczyna się kolejny akt komedii. Gdański klub wydaje z siebie oświadczenie, że spadli, ale na skutek bezprawnej – ich zdaniem – kary, bo sportowo się utrzymali. Nadal będą walczyć o sprawiedliwość dziejową.
Przedstawiciel Wieczystej nie mógł głosować w walnym Ekstraklasy SA. Okazało się bowiem, że Lechia Gdańsk nie przekazała krakowskiemu klubowi pełnomocnictwa. Lechia już wcześniej poinformowała władze ligi, że nie wystawi Wieczystej pełnomocnictwa ani sama też nie weźmie udziału w obradach. Dobrym zwyczajem jest, że kluby spadające z ligi przekazują pełnomocnictwo beniaminkom, zanim ci faktycznie staną się akcjonariuszami Ekstraklasy. W ten sposób pełnomocnictwo Wiśle Kraków przekazała Termalica Nieciecza, a Arka Gdynia Śląskowi Wrocław. To też świadczy o działaczach Ekstraklasy...
Możemy być pewni, że ciąg dalszy popisów właściciela i prezesa Lechii Paulo Ufera i jego drużyny nastąpi.
Legia zaczęła sezon z przytupem, zdobywając Superpuchar Polski i meldując się w fazie ligowej Ligi Konferencji. Jednak w Ekstraklasie szło źle. Klub z Łazienkowskiej zaczął szorować po dnie ligowej tabeli, a do tego w pucharach przestało dobrze iść. Zwolniono trenera Edwarda Iordănescu i na Łazienkowskiej postanowiono, że bierzemy trenera z ligowej konkurencji – także pucharowicza, nieźle radzącego sobie w lidze i europejskich pucharach, znanego kibica Legii, trenera Rakowa Częstochowa Marka Papszuna.
Akcja dzieje się pod koniec piłkarskiej jesieni. Legia chce, trener, który największe swoje sukcesy miał pod Jasną Górą, o dziwo też chce, za to Raków mówi: stop – panowie, chcecie trenera, to płaćcie. Legia odpada już jesienią jako jedyny polski klub z Ligi Konferencji i jest zmuszona do negocjacji. Kluby w końcu dochodzą do porozumienia i z początkiem Nowego Roku Marek Papszun i jego nowy sztab, w dużej części wywodzący się z Częstochowy, zaczynają pracę w stołecznym zespole i na dwie kolejki przed końcem rozgrywek zapewniają sobie utrzymanie, a nawet mają szansę na puchary.
Byli w nich nawet do 97. minuty meczu Pogoń – GKS, kiedy padł gol na 1:1, który wyrzucił warszawski klub z Ligi Konferencji. Chciałoby się napisać o bucie warszawskiego klubu, jego samolubstwie, o postawie Marka Papszuna też... ale po co? To wszyscy znają. Nieco więcej światła na układy i idee panujące w stołecznych gabinetach rzucił były współwłaściciel Bogusław Leśnodorski. Warszawski klub ma potężne długi i dla niego gra w pucharach oraz gratyfikacje za nie są sposobem na przetrwanie i odbudowę finansową klubu. Zakwalifikowanie się sąsiadki do pucharów było hazardem właściciela... I niewiele zabrakło... Ale źródełka w tym sezonie ni ma...
Jedni nie płacą, drudzy mają potężne długi – licencje dostają...
Piszący o piłce
Dopóki cztery polskie kluby grały w pucharach, media prześcigały się w wyliczeniach, co jeszcze możemy ugrać i ile punktów potrzeba, aby naszą pozycję w europejskim rankingu umocnić i ewentualnie poszerzyć. Ale od kiedy najbardziej medialny klub w Polsce postanowił ratować siebie kosztem innego pucharowicza, temat wyciszył się sam, zszedł na drugi plan.
Wyparł go inny – kiedy Marek Papszun obejmie Legię, czy ma szansę na mistrzostwo Polski, na puchary... Miejsce w rankingu polskiej Ekstraklasy usunęło się w cień Łazienkowskiej. Celuje w tym od lat Canal+, gdzie Legii poświęca się najwięcej czasu. I tak to trwa od lat...
Na marginesie – ostatnie mistrzostwo Polski Legia zdobyła 5 lat temu.
I te „nasze źródła informują, że...”. Informacja goni informację, plotka goni plotkę – szkoda, że dziś de facto nie ma odpowiedzialności za słowo, a liczyć na rzetelność piszących po prostu nie można. Całe to niby dziennikarstwo sprowadziło się do plotek i przypuszczeń. I tak to trwa od lat...
Z jednej strony Ekstraklasa przyciąga coraz więcej kibiców na stadiony, drużyny walczą do końca, w pucharach też wygląda to coraz lepiej. Liga robi się ciekawsza. Ale nic nie dzieje się z jej ciemną stroną – nikt tego bagna nie osusza. A ma ono tendencję do poszerzania się i wciągania. Jeśli ktoś się nie opamięta, nie uporządkuje zasad, przepisów i licencji, to cała pozytywna robota pójdzie na marne.
Tylko nic nie słychać, by ktoś podjął nawet próbę dyskusji na ten temat...
Maciek
1:0