Po europejskim rollercoasterze w Lidze Konferencji Jaga wróciła na ligowe boiska i od razu wpadła w hit 23. kolejki naszej ekstraklasy. Remis 2:2 po... czterech bramkach naszych zawodników wywołuje mieszane emocje, dostarczył ich również w każdej z połów, jakże różnych.
Trzy dni po 120 minutach we Florencji z ACF Fiorentina nie było widać zmęczenia. Jaga zdecydowanie zaskoczyła i od początku wyglądała dojrzale, cierpliwie czekała na swoje momenty i była zabójczo skuteczna.
W 17. minucie Leon Flach huknął z dystansu w samo okienko – gol nie tylko efektowny, ale i w pełni zasłużony. To jaką intensywność i przewagę zaprezentowała drużyna Siemieńca, była godna podziwu. Chwilę później, dokładnie po upływie 5 minut - było już 2:0. Po znakomitej akcji, w której wszystko "zażarło" napędzonej przez Mazurka i Pululu, Kajetan Szmyt mocno uderzył na bramkę Legii. Piłkę sparował Otto Hindrich, a Afimico Pululu dopełnił formalności z najbliższej odległości.

Jaga miała mecz pod kontrolą. Była szybsza w decyzjach, lepiej zorganizowana w pressingu i konkretniejsza pod bramką. Pululu trafił jeszcze w poprzeczkę, a Hindrich ratował Legię kolejnymi interwencjami. Goście do przerwy nie oddali ani jednego celnego strzału.
A jednak, tuż przed przerwą Legia złapała kontakt. Po rzucie wolnym Kacpra Chodyny piłkę do własnej siatki skierował Bernardo Vital po błędzie komunikacyjnym ze Sławomirem Abramowiczem. Na tablicy świeciło się 2:1 w sytuacji, w której warszawianie praktycznie nie istnieli w ofensywie.
Ten gol okazał się dla gości zapalnikiem. Po zmianie stron zaczęli grać odważniej, szybciej przenosili ciężar gry, a Jaga nie była już tak precyzyjna w wyprowadzaniu ataków. Z Żółto-Czerwonych zeszło powietrze.

W 57. minucie padła druga bramka samobójcza. Po zagraniu wzdłuż pola karnego piłkę niefortunnie do własnej siatki skierował... Leon Flach. Strzelec pierwszej bramki dla Jagi, zanotował drugie trafienie, tyle że do własnej siatki. Z 2:0 zrobiło się 2:2 - i to w meczu, w którym Legia wciąż nie miała celnego uderzenia na koncie.
Ostatnie dwadzieścia minut to wymiana ciosów. Mileta Rajović miał sytuację, którą łatwiej było zamienić na gola niż ją zmarnować – z kilku metrów trafił we... własną nogę. Po drugiej stronie Szmyt próbował z dystansu, jednak Hindrich był czujny. Norbert Wojtuszek wybijał piłkę silnie uderzaną z rzutu rożnego, Abramowicz ratował naszą drużynę po uderzeniu Chodyny.
Obie drużyny miały swoje połowy, ale żadna nie zadała decydującego ciosu.
Remis 2:2 zostawia niedosyt. Jaga pozostaje liderem (38 pkt), ale po prowadzeniu 2:0 apetyty i przewidywania były bardziej obiecujące, na loży prasowej nawet pojawiały się marzenia, by w drugiej połowie "wcisnąć" jeszcze kilka bramek słabej Legii.
Z drugiej strony – biorąc pod uwagę pucharowy wysiłek i przebieg drugiej połowy – punkt trzeba też uszanować.

Żółto-Czerwoni pokazali jakość, intensywność i charakter, ale... tylko w pierwszej połówce. W drugiej zabrakło po prostu świeżości. I to jest zrozumiałe. Pokazali też, że w Ekstraklasie moment nieuwagi lub proste błędy w komunikacji potrafią kosztować bardzo dużo. W niedzielne popołudnie kosztowało nas to dwa punkty.
Sauciu