Na wstępie muszę się przyznać, iż zupełnie nie pojmuję ekscytacji towarzyszącej gdzieniegdzie temu spotkaniu. Kilka, kilkanaście lat temu byłem to w stanie zrozumieć. My byliśmy wówczas piłkarskim „kopciuszkiem”, zaś „stoliczni” co roku bili się o najwyższe miejsca w lidze i w europejskich pucharach. Tak się jednak składa, że obecnie to Jagiellonia jest liderem „ekstraszkapy”, trzeci sezon z rzędu walcząc o mistrzostwo i toczy europejskie batalie z tuzami takimi jak Ajax, Strasbourg czy Fiorentina. A nasi niedzielni goście? Nie dość, że odpadli z rozgrywek Ligi Konferencji już jesienią, to jeszcze szorują po ligowym dnie, zajmując w niej 16. miejsce. Wprawdzie w ostatniej kolejce wreszcie zanotowali swoiste przełamanie, pokonując przy „kiblowej” w derbach Mazowsza „Orlęta” z Płocka, ale Boże spuść zasłonę milczenia na styl, w jakim tego dokonali! Oczy krwawiły i trzeszczały od patrzenia na poczynania naszych niedzielnych przeciwników. Oczywiście tu i tam pojawiły się już opinie o zażegnaniu w „stolnicy” kryzysu, ale pochodzą one od jakichś pismaków pozostających na wikcie wojskowego klubu bądź niepoprawnych optymistów zapatrzonych bezkrytycznie w trenera „Papuszyna” i jego wesołą gromadkę. Przecież oni mają na koncie całe 5 zwycięstw w 22 kolejkach! Czyli dokładnie tyle samo, co ostatnia w stawce Bruk-Bet Termalica „Niecieczka”.
Jakiś czas temu napisałem, że jednym posunięciem trenerskim na linii częstochowscy „Medalieros” – „legwan” dwie drużyny wyeliminowały się z walki o jakiekolwiek ambitne cele w tym sezonie. Majstersztyk! Jakby tego było mało, „stoliczni” dołożyli do tego jeszcze szereg mało trafionych, ale za to drogich w zakupie i utrzymaniu transferów. Ich uosobieniem jest napastnik Mileta Rajović (kosztował ponoć w sumie 3 mln „jurków”), którego snajperskie dokonania są niewyczerpalną skarbnicą tematów dla twórców internetowych memów. Oprócz niego do „koleżanki zza Buga” zawitało też kilka innych znanych piłkarskich indywiduów, jak choćby obrońcy Arkadiusz Reca i Kamil Piątkowski, pomocnicy Kacper Urbański i Damian Szymański (to ten, co kiedyś kopał się po czole w Jagiellonii) czy „podkradziony” Cracovii inny napastnik Antonio Čolak. Dość napisać, że wszystkie te transferowe fanaberie kosztowały w sumie około 7 mln euro. No ale jak ktoś lubi palić pieniędzmi w kominku... Jako ciekawostkę trzeba napisać, iż najnowszym zbawcą „legwana” ma być kupiony za całe 50 tys. „eurasów” (na raty!) Rafał Adamski z przepotężnej Pogoni „Grodziszcze” Mazowieckie. Jakież to romantyczne, nieprawdaż ;-)?
Ale wracajmy na nasze białostockie podwórko. Niedzielne spotkanie (01.03 br. o godzinie 14:45) będzie już 59. potyczką, jaką stoczą ze sobą obie drużyny. Nie wiem, czy z którąś z „ekstraklapowych” drużyn mierzyliśmy się częściej! Dotychczasowy bilans przemawia za „stolnicznymi”, bo „Jaga” na swoją korzyść rozstrzygnęła tylko 13 z tych spotkań, przeciwnicy górą byli 24 razy, a w 21 przypadkach potyczki zakończyły się remisami. W bramkach 80:49 dla „leee... wiadomo kogo”. Niemniej trzeba zaznaczyć, iż w ostatnich latach mecze te stoją zazwyczaj na dość wyrównanym poziomie. Dawno i – miejmy nadzieję – bezpowrotnie minęły już czasy, gdy na przyjazd „legwana” do Białegostoku, a zwłaszcza na wyjazd na ich stadion, oczekiwaliśmy jak na przysłowiowe ścięcie.
Na ten przykład w poprzednim sezonie spotkaliśmy się z „koleżanką” aż trzykrotnie. Pierwszy mecz, rozegrany przy Słonecznej kilka dni po pamiętnej victorii Jagiellonii na kopenhaskim Parken, zakończył się remisem 1:1 po zawodach, które stały na iście światowym poziomie! Kolejne dwa spotkania rozegraliśmy w Warszawie w lutym i kwietniu ubiegłego roku. Najpierw „Żółto-Czerwoni” zostali okrutnie „przekręceni” przez sędziów (przy szczególnym udziale zasiadającego na VAR Szymona „Varciniaka”) i będący pod naszą kontrolą mecz przegraliśmy 1:3. Wynik ten powetowaliśmy sobie dwa miesiące później, wygrywając przy „kiblowej” 1:0 po golu Darko Churlinova. Ostatnie spotkanie z naszymi niedzielnymi gośćmi miało ponownie miejsce w „stolnicy”, gdzie jesienią po bardzo słabym meczu Jagiellonia zremisowała 0:0. Choć po prawdzie trzeba przyznać, że piłka dwa razy znalazła się w sieci miejscowych, ale sędziowie dopatrzyli się minimalnych spalonych. Jak już wyżej wspomniałem, nie zawsze byli tak skrupulatni…
Trzeba pamiętać, że Jagiellonia ma w nogach 120 minut meczu z Fiorentiną. Choć powszechne oceny są jednak takie, że mecz rozegrany w fantastycznym stylu we Florencji zbudował taki mental i team spirit, że po warszawiakach po prostu się przejedziemy. Jaga, mimo że ostatnie wyniki w Ekstraklasie skłaniają ku myśleniu o kolejnym remisiem raczej będzie chciała coś udowodnić. I właśnie trafia się najodpowiedniejszy ku temu przeciwnik!
O Jagiellonio ma, dzisiaj z „leee... wiadomo czym” grasz! Strzelisz 3 bramy (a najlepiej więcej) i znów wygramy, o Jagiellonio ma!
Fox
2:4
-:-